Na wsi – krótkie opowiadanie

Dzwon z kościelnej wieży oznajmił szóstą. Chociaż dom jej babci był ostatnim we wsi, stał spokojnie od dziesiątków lat na skraju lasu, to czyste powietrze przenosiło dźwięk tak dobrze, że drgnęła przestraszona, jakby dzwoniło tuż obok jej ucha. Słońce schodziło coraz niżej, złotym blaskiem oświetlało ogród, świeżo opielone grządki, krótko wykoszoną trawę, równo przycięty żywopłot. Zamknęła książkę. Podniosła się z leżaka i wprost z tarasu weszła do przytulnej kuchni. Nalała wody do czajnika. Z chlebaka wyjęła duży bochen pachnącego, chrupiącego chleba i ostrym nożem ukroiła sporą pajdę. Posmarowała marmoladą z mirabelek. Przymknęła oczy. Słodko-kwaśny zapach owoców przypomniał jej wakacje, które co roku spędzała u babci. Rodzice rzadko kiedy dostawali dłuższe urlopy. A i tak spędzali je głównie na remontowaniu ich niewielkiego mieszkania w bloku. Na sobotę i niedzielę zawsze przyjeżdżali w odwiedziny do córki, a czasami udawało im się we trójkę pojechać na  tydzień nad morze. Kochała spędzać czas z babcią. W ciągu dnia pomagała w gospodarstwie. To nasypała ziarna kurkom, to pozrywała liście mleczy dla królików, to szła z babcią na dojenie krów i dumnie niosła blaszane wiadro. Gdy podrosła, pieliła ogród, przynosiła drewna pod kuchnie, zbierała jabłka. Po obiedzie chodziły razem do babcinych koleżanek lub siedziały na podwórzu i babcia opowiadała jej o swojej młodości. W słotne dni spędzały przy kuchennym stole, słuchały radia, babcia zawsze z jakąś robótką, a ona z kredkami i blokiem. W liceum już tak często nie jeździła do babci, ale lubiła wpadać do niej, by posmakować świeżego chleba, najsmaczniejszego na świecie barszczu i usmażyć razem kilka słoików mirabelkowej marmolady, opowiadając przy tym o koleżankach, kolejnych chłopakach, narzeczonych. Teraz też miała jej wiele do powiedzenia, ale babci już nie było.

Z tych  wspomnień wyrwał ją odgłos hamującego samochodu i zatrzaskiwanych drzwi.
– Ciekawe kto przyjechał? – pomyślała.
Niewiele osób wiedziało, że w starym domu babci próbuje odzyskać spokój.
– To na pewno nie rodzice – rozmawiała przecież rano przez telefon z mamą, która nawet słowem nie wspomniała, że się do niej wybierają.
Podeszła powoli do okna i przez gęstą zazdrostkę ujrzała najpierw czerwoną Corollę, a potem mężczyznę, który szybkim krokiem podchodził do drewnianej furtki. Na głowie miał czapkę z daszkiem, twarz przysłaniały okulary, a w ręku niedbale trzymał duży pęk różnokolorowych kwiatów.
Pobladła. Serce zaczęło jej łomotać. Od razu go poznała. Wysoki, szczupły, lekko przygarbiony z głową schowana między ramionami. To przed nim uciekła do tego domu.
To koniec. Dopadł ją.
Była tu sama.
I nie mogła się ruszyć. Nie mogła zrobić kroku.

Pierwsze przypadkowe spotkanie. Zderzyli się w drzwiach jej ulubionej kawiarni. Zeszyty i książki, które niosła pod pachą wypadły jej z hukiem na chodnik. Schylili się w tej samej chwili i zderzyli głowami. Uśmiechał się przepraszająco i patrzył na nią stalowo-szarymi oczami. Nie zdziwiło jej wcale, gdy dwa dni później siedział przy jednym ze stolików i kiwnął jej głową na powitanie. Nie zdziwiło jej, gdy w niedziele natknęła się na niego w parku, a jeszcze kilka dni później  w uroczej księgarni tuż obok Uniwersytetu. Zaprosił ją na kolację, zamówił jej ulubione danie – naleśniki ze szpinakiem i ricottą i owocową tartę, o której myślała od rana.
Spotykali się coraz częściej. Rozmawiali o muzyce. Oboje kochali Stinga. Rozmawiali o książkach. Oboje zaczytywali się w Marquezie.
Zawsze umiał wczuć się w jej nastrój, zawsze wiedział jak poprawić jej humor.
Myślała, że są jak dwie połówki jabłka, że w końcu znalazła kogoś na kim można się wesprzeć.
Pewnego wieczoru opowiedziała mu o swoim blogu i o nieprzyjemnych komentarzach. I o przesyłkach, które do niej przychodziły. Objął ją ramieniem, przyciągnął do siebie i wyszeptał do ucha: „Nie przejmuj się. Teraz masz mnie. Poradzimy sobie ze wszystkim.”

Wciąż stała w miejscu, nogi miała ciężkie jak ze stali, serce jej łomotało. Przez myśli przelatujące w jej głowie, docierało do niej z oddali walenie w drzwi i szarpanie za klamkę. Słyszała jego podirytowany głos „Wiem, że tu jesteś. Widzę twój samochód”.  Nagle poczuła wibracje i dźwięk dużo bliższy, dużo wyraźniejszy. Dźwięk dzwonka w telefonie. W telefonie, który miała w kieszeni dżinsowych szortów. Odruchowo wyjęła telefon i spojrzała na ekran – numer zastrzeżony. Przez drzwi usłyszała jego śmiech: „Kochanie, nie daj się prosić. Otwórz, bo będę musiał Cię ukarać”.  Nie mogąc znieść tego dźwięku, wyciszyła telefon.

Słyszała jego kroki.  Musiała działać. Schwyciła ze stołu nóż oblepiony okruszkami chleba i powoli ruszyła w stronę tarasu. Widziała, jak próbuje zajrzeć do środka przez duże okno w salonie.  Pobiegła w stronę lasu. Już po chwili słyszała jego kroki za sobą. Przyspieszyła. Las, którego on nie znał. Las, który krył w sobie niezwykłe miejsca. Las był jej sprzymierzeńcem. Liczyła , że długie godziny na bieżni w klubie sportowym teraz dadzą jej kilka minut przewagi i pozwolą zgubić go w gęstwinie drzew zanim dotrze do podziemnego bunkra. Czasami przychodziły w to miejsce z babcią. Niby szły  nazbierać jagód na pierogi, a trafiały do świata babcinych wspomnień.  Nie zwalniała. Wciąż go słyszała. Krzyczał. Prosił. Straszył. Błagał.

Pewnej słonecznej soboty czekał na nią na ławce w parku. Założyła krótką czerwoną sukienkę, czerwone czółenka. Delikatną czerwienią umalowała usta. Mieli iść na koncert. Gdy ją zobaczył, parsknął ze złością „Jak ty wyglądasz! Z którego burdelu się urwałaś?” Odwróciła się na pięcie i uciekła. Cały następny dzień dzwonił, przysyłał sms-y, stał pod akademikiem z kwiatami, aż mu przebaczyła.
Innym razem, gdy wykład się przeciągnął i spóźniła się na umówione spotkanie, oskarżył ją o potajemny romans, odwrócił się na pięcie i odszedł. Teraz już nie rozmawiali o ulubionych książkach czy filmach. Teraz stale się kłócili. Ciągle słyszała: „Dlaczego nie pokazałaś kwiatów ode mnie na blogu? Dlaczego wciąż umieszczasz zdjęcia kota? Mi nie powiedziałaś, że podoba Ci się ta książka. Planujesz wyjazd beze mnie?”

Dobiegła do bunkra. Kto nie znał tego miejsca i nie widział czego szukać, raczej nie zbliżał się do sporej kępy drzew i krzaków mocno splecionych ze sobą. Ona wciąż lubiła tu przychodzić i od razu znalazła drzwi do środka. Miała nadzieję, że będzie miała tutaj zasięg. Wybrała numer przyjaciela z dzieciństwa, który wciąż mieszkał w wsi i z którym miała dziś się spotkać. Gdy przez dłuższą chwilę nie odpowiadał, napisała sms-a: „Znalazł mnie. Schowałam się w lesie. Pomóż.” I zamarła, gdy w pobliżu usłyszała ciężkie kroki.